Knajpki lotnicze

Zwiń
X
  • Filtr
  • Czas
  • Pokaż
Wyczyść wszystko
Nowe posty

  • #61
    Zamieszczone przez filek Zobacz posta
    to przypadkiem nie ten symulator który na allegro 16k PLN kosztował?
    Tak, to on
    http://wideo.onet.pl/gry-polak-przez...,110662,w.html
    kubafonfara.blogspot.com

    Komentarz


    • #62
      Jeśli ktoś, szukając źródeł opowieści o Don Quixote de La Mancha (lub naszych lotników), trafi do Albacete - warto odwiedzić Memphis Belle:
      http://www.memphisbelleab.com/index.php?idioma=en

      Pozdrawiam!
      Ostatnio edytowany przez jnr; [ARG:4 UNDEFINED].
      Zakażony fotografią awiator

      Komentarz


      • #63
        Z chęcią bym zawitał
        Pozdrawiam
        Adam

        Komentarz


        • #64
          "Tawerna Awiatorów" lotnisko Kętrzyn-Wilamowo (EPKE)
          Pozdrawiam
          Adam

          Komentarz


          • #65
            Wings Club Praga

            Jest to zdecydowanie najbardziej klimatyczny klub jaki widziałam. Na ścianach dziesiątki fotografii i obrazów, fragmenty samolotów i mnóstwo lotniczych pamiątek Zamknięto w tym lokalu kawał lotniczej historii.

            http://www.restaurace.cz/praha-3/win...estaurant.html

            Jeśli będziecie w Pradze warto tam pojechać!

            Komentarz


            • #66
              Sky Bar - Katowice

              Podobno niezłe widoki i jest to najwyżej położony drink bar w tej części kraju.
              Z akcentów lotniczych-śmigło za barem.
              http://www.skybar.pl/o-lokalu/
              Pozdrawiam
              Adam

              Komentarz


              • #67
                The Orchard w podlondyńskim Ruislip

                http://www.tripadvisor.com/Restauran...n_England.html

                Niedaleko wojskowej bazy w brytyjskim Northolt wciąż działa pub, do którego po akcjach przychodzili lotnicy z Dywizjonu 303. I stara się kultywować pamięć o polskich pilotach.

                Przechodząc obok pubu The Orchard w podlondyńskim Ruislip, na pierwszy rzut oka trudno domyślić się, jaką to miejsce odegrało w historii pilotów słynnego dywizjonu 303 im. Tadeusza Kościuszki. Ale wystarczy wejść do ogrodu i od razu uwagę zwraca figurka pikującego samolotu, ozdobionego polską biało-czerwoną szachownicą i niebiesko-biało-czerwoną tarczą RAF. To figurka Spitfire'a – najsłynniejszego brytyjskiego myśliwca II wojny światowej, na którym latali również Polacy.

                Figurka samolotu jest otoczona zielonym płotem. – To dla ochrony. Kilkanaście lat temu pierwszy samolot skradziono. Nie udało się go odnaleźć i po tym wydarzeniu nową figurę starano się zabezpieczyć – mówi Mark Light, około trzydziestoletni blondyn, który pracuje w restauracji. Do Marka zaprowadziła mnie kelnerka, kiedy zapytałam, czy w pubie jest ktoś, kto mógłby mi opowiedzieć coś o historii polskich lotników. – Najlepiej porozmawiać z nim, on opiekuje się tymi miejscami – odpowiada.

                Kiedy Mark zaczął pracę w restauracji, teren dookoła Spitfire'a był zarośnięty, a zdjęcia i pamiątki po polskich pilotach zniknęły z wnętrza pubu, który kilka lat wcześniej przeszedł generalny remont. Mark uporządkował okolice pomnika, za jego sprawą na ścianę po lewej stronie od wejścia wróciła część biało-czarnych i kolorowych zdjęć. Wśród nich jest oprawiony w ramkę obrazek trzech myśliwców Dywizjonu 303 wznoszących się wśród chmur. Za ramką podpis - zdjęcie zostało przekazane przez Jerzego i Patrycję Bartoszewiczów jako wyraz wdzięczności dla 256 pilotów brytyjskiego lotnictwa, którzy ruszyli na pomoc płonącej Warszawie w 1944 r. – Mam nadzieję, że uda się zgromadzić więcej pamiątek, które przypominałyby o tamtych wydarzeniach – mówi Mark.

                Bo The Orchard był swego czasu ulubionym miejscem spotkań polskich lotników (wówczas pub nosił nazwę „Orchard Inn"). Właściciel gospody, oddalonej o ok. 20 min drogi od bazy wojskowej w Northolt, miał babcię Polkę i ogromną serdeczność dla pilotów dywizjonu 303. Był zawsze doskonale poinformowany o wydarzeniach dnia – co wieczór przy barze hucznie witano bohaterów, którzy szczególnie wyróżnili się tego dnia w walkach powietrznych. Rannym gospodarz wysyłał kosz owoców.

                Wacław Król, jeden z pilotów, wspominał, że dzięki jego serdeczności, wielokrotnie udawało się przeciągnąć przyjęcia poza urzędową godzinę 23.00 (do dziś o 11.00 wieczór w brytyjskich pubach rozlega się gong oznajmiając, że czas już do domu) - w Orchard Inn, w prywatnych apartamentach gospodarza, długo w nocy trwały tańce przy dźwiękach muzyki z adaptera.

                Polscy piloci byli zresztą w tamtym czasie pupilami całej Wielkiej Brytanii. Byli najskuteczniejszym dywizjonem myśliwskim walczącym w bitwie o Anglię, która miała przesądzić o losach II wojny światowej. Premier Winston Churchill wiedział doskonale, że jeśli Niemcy zdołają przekroczyć Kanał La Manche to nic już ich nie powstrzyma. W słynnym przemówieniu, które w czerwcu 1940 r. wygłosił w Izbie Gmin, mówił: „Będziemy walczyć na plażach, będziemy walczyć na lądowiskach, będziemy walczyć na polach i na ulicach, będziemy walczyć na wzgórzach, nigdy się nie poddamy!".

                W tej wielkiej walce ramię w ramię z Brytyjczykami stanęli polscy piloci. Ich wyczynami żyła cała Anglia. Sławomir Koper, historyk, w książce przedstawiającej obraz polskiej emigracji wojennej, wspomina, że nasi rodacy w powietrzu nie mieli sobie równych. Pewnego razu szef bazy w Northolt, Stanley Vincent, podążył swoim myśliwcem za Polakami na akcję. Powątpiewał w prawdziwość relacji pilotów o brawurowych akcjach, ale to, co zobaczył, odebrało mu wszelki sceptycyzm. Zobaczył myśliwce nurkujące pionowo „z samobójczym impetem" na szyk niemieckich bombowców, otwierając ogień w ostatniej chwili. Na niebie rozpętało się „prawdziwe piekło, zaroiło się od płonących samolotów, spadochronów i kawałków rozwalonych maszyn. Wszystko rozgrywało się z oszałamiającą prędkością". Po wylądowaniu Stanley miał powiedzieć: „mój Boże, oni naprawdę ich koszą".

                Sławomir Koper wspomina, że w Londynie w dobrym tonie było goszczenie polskich pilotów na imprezach towarzyskich. Damy z brytyjskiej socjety „adoptowały" kolejne dywizjony, a panowie stawiali kolejki przedstawicielom polskiej kawalerii powietrznej. Wiązało się to oczywiście z wieloma zabawnymi historiami. Koper przywołuje relację Bohdana Arcta, który wraz z kolegami po suto zakrapianej imprezie w Londynie nie mógł odnaleźć drogi powrotnej do bazy w Northolt. Zrozpaczeni lotnicy podjechali wreszcie na komisariat policji. Na posterunku najpierw poczęstowano ich filiżanką herbaty, bez której – jak komentował Arct – w Anglii nie można nic zdziałać, ani wygrać wojny. A potem policjanci wszystko sprawnie zorganizowali. Za kierownicą dwóch samochodów zasiedli funkcjonariusze i pod eskortą motocykli odwieźli polskich pilotów pod samą bramę bazy wojskowej. Tam funkcjonariusze zasalutowali, życzyli Polakom pomyślnych lotów i zawrócili w stronę Londynu.

                Na brytyjskim niebie walczyło 145 pilotów myśliwskich, zgrupowanych w dywizjonach 302 i 303. Na zakończenie wojny byli jedynymi Polakami zaproszonymi do udziału w wielkiej pardzie zwycięstwa. Chociaż tylko samej bitwie o Anglię brało udział blisko 20 tys. Polaków, a na frontach II wojny światowej walczyło kilka milionów, to przedstawicieli polskich sił zbrojnych na paradę zwycięstwa nie zaproszono – w 1946 r. już wiadomo było, że nasz kraj znajdzie się w radzieckiej strefie wpływów, a nad Europą Wschodnią powoli zapadała żelazna kurtyna.

                Polscy piloci odmówili udziału w wielkiej defiladzie, wyrażając solidarność z pozostałymi żołnierzami.

                W tym roku Wielka Brytania świętuje 75. rocznicę Bitwy o Anglię i polskie środowiska zabiegają o to, żeby należycie pamiętano o zasługach Polaków. Ambasada w Londynie prowadzi akcję #BoBPoles, w ramach której powstały spoty telewizyjne z historiami pilotów. O pamięć dla zasług polskich pilotów do środowisk politycznych i brytyjskiej opinii publicznej zaapelował ostatnio Daniel Kawczynski z rządzącej Partii Konserwatywnej, jedyny brytyjski parlamentarzysta z polskimi korzeniami. To ostatni moment, żeby takie wyrazy uznania złożyć – dziś jest z nami może kilku pilotów dywizjonów myśliwskich. Ale z pewnością oni oraz ich potomkowie chętnie wznieśliby toast w dobrze znanym pubie przy Orchard Inn.

                http://www.rp.pl/artykul/1224296.html
                Ostatnio edytowany przez Marauder; [ARG:4 UNDEFINED].
                Pozdrawiam
                Adam

                Komentarz

                Pracuję...
                X